Strona:Angelo De Gubernatis - Maja.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I tak widziałem, jak Rudir do lasów
Przywykał, błądził i przepadał w kniejach;
Już przywdzianego widziałem skórami
Najdzikszych zwierząt, jak gdyby pochodził
Z dzikich lasów i pustyń królestwa,
Zkąd niemal na świat nie ma już powrotu!“
„Kłamiesz i srodze wyjdziesz na tem! – wołał
Wściekłością zdjęty król już ostateczną –
Do mego zamku przywlec mi Rudira,
A ty pamiętaj, niebaczny dozorco!
Młodzieniec, który ujdzie mojej ręki,
Ciebie też zgładzi… złe się samo pleni,
Jeśli zwycięży, wraz ze mną upada,
Kto nie odwróci tego ciosu – biada!“
O, biada! Ari twarz swą ukrył w dłonie,
A król już zamilkł… oczy obłąkane
Ku drzwiom wciąż zwracał. Z trzaskiem się otwarły,
Na progu wzniósł się potwór rozpętany,
W pierścieniach węża skołtuniony cały,
Z paszcz mu ogniste pary wybuchały
I świstem dzikim przerażał. Skurczył się
I jednym rzutem spiętrzony, z szybkością
Gromu przy łożu już stopy królewskie
Pierścieniem zimnym obmotał dokoła.
Czego się dotknie, to wnet powleczone
Zgniłych ślin białkiem. Ja choć niema, drżąca,
Objęłam ojca i zasłaniam silnie
Doń przytulona, weń przelana cała,
By go przenigdy, chyba ze mną zabił!
Ustami w zimne usta tchnęłam życie,
Ale napróżno… już on gość piekielny
Ramiona ściska ojca – o boleści!