Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Boże daj, żyby zdążyć — Boże daj...
— Co się ze mną stanie za godzinę? Nikt tego nie wie! Nikt żywy...
— Po co człowiek żyje? Po co ten tłum? Po co ten bazar?
— Co ja mam uczynić. Dlaczego ja nie wiem, co mam czynić, ani gdzie jestem?
— Jaki będzie ten jutrzejszy dzień? Dziwny dzień, już beze mnie...
— Dlaczego nie pożegnałam się z matką? Dlaczego ja o tem myślę? Czy ona zrozumie mój list?
— Dlaczego ja nie mogę myśleć? Dlaczego mi się chce krzyczeć, wołać, sama nie wiem co?
— Czemu zagrali teraz to, co u nas w domu, kiedy byłam całkiem mała... To coś z Mozarta...
Umysł zapadł jakby w drzemanie. Śnił jej się tłum, muzyka, jaskrawe światła, od których bolały oczy. Już gdzieś, kiedyś widziała to samo, gdzieś kiedyś śniła jej się ubrana dywanami altana, w której siedziały trzy wystrojone panie. Błogością i szczęściem zdjęło ją odkrycie, że to sen i w tejże chwili ocknęła się. Zdjęła ją zgroza. Jak długo trwało jej osłupienie? Czy już nie przepadło wszystko? Gwałtownie odwróciła się ku wyjściu — szukała wszędzie rozszerzonemi ze strachu oczami. Czy nie za późno? Ach, co za szczęście!
Człowiek w liberji, nakazujące oczy, cichy, spokojny głos:
— Oglądaj. Kupuj, kupuj ciągle, nie myśl — kupuj, rozmawiaj z paniami, nie myśl...
W uszach szum i daleki jęk.