Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wesele. Bezczelnie obmacywali kobiety i z całą prostotą okradali rewidowanych ludzi z portmonetek i zegarków. Nie przynosiło to jednak żadnego istotnego pożytku. Generał siedział po dawnemu w swojej rezydencji.
Potem poszły czasy najgorsze. Raporty wszystkich dowódców korpusów zaczęły donosić o spiskach żołnierskich, o buntach po koszarach, po obozach. Wykryto związek między ruchami żołnierskiemi a polskiemi organizacjami rewolucejnemi. Tu — już jakby ziemia zapadła się pod nogami. Ci żołnierze pilnowali jego osoby. Przecież na ich łasce i niełasce był każdy moment jego życia. W twardym, niezłomnym umyśle generała zaczęło się dręczące wahanie. Mądrość całego życia, etyczne podstawy całej jego niezachwianej w wierności karjery podlegały niebezpiecznym wstrząśnieniom. Czyżby to już był koniec? Czyżby mylił się on i ci, co rządzili Rosją? Czyż mają słuszność żywioły anarchiczne, te buntownicze gazety, przepowiadające zgon samowładztwa?
Znał rosyjskiego żołnierza. Znał jego ciemną, martwą duszę. Wiedział, że na wrzask komendy żołnierz ten idzie w ogień, idzie na ojca, na matkę, jak ślepa maszyna. Przykręcał śrubę dyscypliny i w powierzonym mu okręgu nie było do niedawna słychać o buntach i niepokojach sołdackich. Tutaj żołnierza otaczał zewsząd wrogi, obcy naród. Przeciwko temu odwiecznemu wrogowi, Polakowi, szczuto sołdata w cerkwi, w koszarach, w szkołach podoficerskich, w broszurach patrjotycznych.