Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tu przekonał się dopiero, że to ta właśnie sprawa, której nieistnienia dowiódł sobie w tak niezbity sposób (późno, ale gruntownie!), zaprzątała jego myśli, wodziła go po manowcach, dręczyła podczas pobytu w jego sąsiedztwie śmiercionośnego narzędzia. Że to ona, kusicielka, kazała mu bez potrzeby igrać z niebezpieczeństwem i wyprawiać różne głupstwa. Tymczasem rzecz ta jest fikcją!
— Śmierci niema! — napisał raz jeszcze wielkiemi literami i tu stało się coś dziwnego.
Usłyszał nagle stłumiony, głuchy huk, od którego zadźwięczały szyby i zadrgało światło lampy. Znikło wszystko, potem stała się mroczną pusta ulica, pośrodku w błocie, zabita i sponiewierana, w dymiących łachmanach kosztownych sukien leżała Kama. Obok jej oderwana głowa ze zmiażdżoną twarzą. Wokoło porozwłóczone resztki człowieka, który przed chwilą żył i tu z nim był przed chwilą.
Doktór rozszlochał się w strasznym, spazmatycznym nerwowym płaczu i zaczął się tarzać i przewracać po kanapie. Uczuł wielkie osłabienie. Uczuł pustkę w głowie. Po kolei, jedno za drugim, wszystko przestało istnieć. Zasnął twardo — po męczarniach ostatnich dni.
Na biurku jasno paliła się lampa, oświetlając kilkanaście porozrzucanych, gorączkowo zapisanych kartek, a po pokoju błądził jeszcze subtelny zapach perfum, który zostawiła po sobie towarzyszka Kama.