Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pojechali.
Psychjatra zaczął się na gwałt ubierać. Chciał jechać natychmiast na plac Teatralny, bo wydawało mu się, że to ma być przed gmachem Teatru Wielkiego.
Przedstawienie się już zaczęło, widać wiedzą, że przyjedzie na drugi albo trzeci akt. Co to dziś grają? A może przed zamkiem, jak będzie wracał. Ale po co taka tualeta?
Po chwili wrócił ze schodów. Już go odpadła ciekawość.
To, co miało niebawem nastąpić, wydało mu się zupełnie zwyczajnem. Przeczytam jutro w „Kurjerze Porannym”, powiedział sobie z całym rozsądkiem.
Natomiast w momencie, który przeżył przed chwilą, spostrzegł coś niezmiernie ciekawego, co potwierdziło pewną jego własną a nową teoryjkę. Zasiadł przy biurku i gwałtownie maczał pióro w kałamarzu, chcąc schwycić na gorącym uczynku przesubtelny moment wrażenia, Panował tam jakiś wielki, przeogromny wstyd, nielogiczny i niczym nieumotywowany, a wyraźny i niezbity. Wstyd ten już się gdzieś zupełnie podział, bez śladu. Wszelako zjawisko to należało utrwalić.
To też utrwalał je doktór w urywanych zdaniach, gdzie nie było podmiotu ani orzeczenia, zato bez liku wykrzykników, znaków zapytania i podkreśleń. Wkrótce jednak zerwał się i głośno zawołał, obróciwszy się ku drzwiom, któremi wyszła Kama: „Śmierci niema, rozumiecie? Nie−ma!”