Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ręce drżały, latały, włosy zjeżyły się na głowie. W niezmiernym wysiłku, jakgdyby przenosił ciężary, postawił pudełko na biurku — o wiele mocniej, niż należało. Oblały go strugi zimnego potu. Upadł na kanapę.
Długo nie było wokoło niego nic — ani przed nim, ani za nim nic się nie działo, ani też miało kiedyś być.
Czas przestał płynąć, a świat istnieć. Nie czuł siebie samego. Było to rozkoszne i straszliwe.
Nie spał jednak — czuwał.
Było to czuwanie martwego przedmiotu. Zdawało mu się, że jest kamieniem, sprzętem, pyłem kosmicznym. Mogły koło niego przechodzić wieki i tysiąclecia ludzkie. Nie nudziła mu się jego cierpliwość.
Za oknem zaczął się turkot wozów, gwar ludzki, blade światło weszło do pokoju przez zapuszczone firanki. Doktór wstawał, gasił lampę, chował pocisk w zwykłe miejsce, do najniższej szuflady biurka, którą starannie zamykał na klucz. Obchodził się z bombą ostrożnie, jak należało, ale bez żadnych nadzwyczajnych wrażeń. Potym mył się i wychodził na miasto. Pił kawę i odczytywał „Kurjera“ w mleczarni nadświdrzańskiej i jechał do swojego szpitala. Był uważnym, spostrzegawczym, zwyczajnym.
Jeden ze starych wariatów, człowiek bardzo przywiązany do doktora, powitał go i tego dnia uprzejmemi słowami: „Kiedy pan doktór nareszcie zamieszka z nami na stałe?“. Djagnozy jego