Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


były rozumne i przenikliwe, postępowanie z choremi, jak zwykle, taktowne i pełne rzadkiego u lekarzy szpitalnych ciepła. Stary ordynator spoglądał tego dnia ukradkiem a bacznie na młodszego kolegę. Doświadczonym okiem szpiegował jego ruchy i spojrzenia, a zwłaszcza pewien lekki, jak cień, uśmieszek, który co chwila w porę i nie w porę zjawiał się na jego obliczu. Stary lekarz potrząsnął głową w smutnym jakiemś przeświadczeniu. Lubił bowiem bardzo swego asystenta.
O swojej godzinie pojechał doktór na obiad. Ale zaledwie przełknął zupę, zerwał się nagle i, ku zdziwieniu stołowników i pani Mijałkowskiej, wydającej obiady gospodarskie, wypadł z pokoju. W niezmiernym podnieceniu popędzał dorożkarza i zadyszany wbiegał na swoje trzecie piętro. Ostrożnie otwierał drzwi i zaglądał o gabinetu. Gabinet był taki, jak zawsze, wszystko stało na swoim miejscu. Drżącą ręką otwierał biurko, przerażał go brzęk kluczyków. Zajrzał i uspokoił się natychmiast.
Siadł i w zeszycie swoim zapisał w kilku zdaniach spostrzeżenia tego dnia.
Był świadomy tego, jakim jest teraz i jakim był w nocy i przed chwilą. Poczym wracał na obiad, myśląc: „po co ja właściwie brałem dorożkę, kiedy to tak blizko?“
Bywało rozmaicie, bywało gorzej. Pamięta ciche noce i sen spokojny. Nagle podrzuca go coś na łóżku. Zapala gwałtownie świecę i nadsłuchuje. Podkrada się ostrożnie pod zamknięte drzwi ga-