Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wionych ciałach stójkowych, generałów, sołdatów, bojowców, koni dorożkarskich i przypadkowych przechodniów.
Błąkały się myśli psychologa i stawały się coraz mniej rozumne, coraz bardziej niezwykłe. Rodziły się, wzmagały się i dochodziły do nieprzepartej potęgi warjackie zachcenia.
Jakieś niedostrzegalne, cienkie, jak włos, nie dzieliło go od wykonania tuż zaraz pewnych pomysłów, jakie rodzą się w malignie. Obca siła popychała go, podnosiła mu rękę, kazała dotykać się strasznego przedmiotu. Chichotał nad nim szyderczy śmiech kogoś niewiadomego, który stał się obecny w pokoju. Przychodziły mu do głowy zupełnie poważne i umotywowane myśli, pełne niesłychanej mądrości, która olśniła go nagle i kazała mu wyznać: to jest prawda! To jest nareszcie ostateczna prawda! Tą prawdą było ni mniej ni więcej tylko to, żeby chwycić pocisk i grzmotnąć nim o podłogę. Tak należało uczynić, nie zwlekając.
Gdy wziął pocisk do ręki, wydał mu się on strasznie ciężki. To go zdziwiło. Gdy ważył w ręku bombę, nagle bulknęło w niej coś tak złowrogo, że doktór, zlany zimnym potem, znieruchomiał i przestał oddychać.
W tej chwili stał się znowu trzeźwym, przytomnym, świadomym człowiekiem, który zrozumiał, że oto przed sekundą jeszcze był obłąkanym. Pierwszym zwiastunem otrzeźwienia był strach, nieubłagany, miażdżący, prawdziwy strach.