Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Myślę, że nie.
Cisza zapadła, chwilkę trwała. Kapeć wciąż tupał.
— Jak to? — zdumiony głos zaszemrał.
— No nie, mówię!
— Odmawiasz pan rządowi, wojsku, szefowi państwa i policji? Dlaczego?
— A bo nie chcę.
— Można nie chcieć, wiesz pan czego? Baby, kiedy człowiek stary.
— Dziecko słucha.
— Jakie dziecko?
— Wnuczek? Brawo. Spytamy wnuczka, czyby nie chciał, by Marszałek konikami jego... Pójdź tu, dziecko...
Powstać chciałem, lecz dziadek nogą mnie przytrzymał.
— Dziecka nie trzeba mieszać w to-to. Ja wiem dobrze, co mi trza robić. Nie, i basta! Siwki dwa mam tylko, a lando stare, odrapane, liberie w dziurach.
— Nowe pan kupisz, rząd zapłaci.
— Ja w te rachunki już nie wierzę. Rząd mi dość winien.
— Co panu winien?
— Na wojnę wzięli setkę koni, powozów tyle, że mógłbym niejednego, panie, marszałka wozić. Rząd mi ludzi zabrał i wytracił gdzieś na frontach.
— Co pan pleciesz? Polski nie było jeszcze wtedy.
— Mnie to nie obchodzi. Rząd to jest rząd. Tutaj w szufladzie kwity trzymam na wszystko, co mi wojsko wzięło.
— Cesarskie wojsko, austriackie. Myśmy są teraz wolne państwo.
— Co miałem — zdławionym głosem rzekł właściciel — oddałem Polsce. Swoje rachunki mam z Marszałkiem.