Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ćśś, nie mów pan nic, panie Teofilu, nam słuchać nawet takich rzeczy nie wolno.
— Rachunki, mówisz pan? Kto ich nie ma!
Ściszyli głosy, zapachniał tytoniowy dym:
— Despota...
— Brutal...
— Prawa depcze.
— Rozpędza sejm.
— Czystki w wojsku.
— W policji ciemne elementy.
— Samorząd miast to czysty śmiech.
— Pochlebców zgrają otoczony.
— Siebie tylko słucha.
— Ludzi lży.
— Zasługi ma, lecz...
— Lecz kto ich nie ma?
Podniesiono głosy:
— Trzyma nas w rękach.
— Kto jak nie on?
— Co po nim będzie?
— Trza mu pomóc.
— Chce defilady, niech ją ma.
— Dla miasta dobrze.
— I dla kraju.
— I pan skorzystasz.
— Pomóż nam, panie Teofilu. Pójdziemy panu też na rękę, gdy będzie trzeba zezwolenia na pogrzybek jaki...
— Pogrzybek — ha, ha!
— Dobre, co?
A dziadek.
— Nie.
Zamilkli. Potem chłodno:
— Otwartej chcesz pan opozycji? To inna rzecz. Nas w to nie mieszaj. Pomówić szczerze nikt nie