Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko i widziałem tuż przed nosem tupiący wściekle dziadka kapeć. Mówiono zaś mniej więcej tak:
— Zgotuj pan, panie Teofilu, najlepszy powóz, jaki masz, i konie najpiękniejsze daj — koniecznie białe — cztery. Stangretów przebierz tak, jak tylko pan potrafisz.
— Pan artysta jesteś od tych spraw.
— I obywatel.
— Dom pański to prawdziwa Polska.
— Sławę pan zyskasz.
— I zarobisz.
— Na nogi stanie pański zakład, choć czasy ciężkie.
Milczał dziadek. Kapeć podniósł się i opadł, kurz wzniecając.
— Wódz — podjęto — Wódz Naczelny, będzie pańskim pasażerem. Rząd zapłaci za usługę, a pan weźmiesz udział w przedstawieniu, które cały kraj podziwiać będzie.
— Co tam kraj — świat zdębieje. W gazetach pańskie konie będą. I w historycznych podręcznikach.
— Nie wolno nam wyjawić znaczenia, jakie ta defilada ma dla polityki.
— I dla strategii — wojskowy pewnie słowo wtrącił, bo ostrogi przy tym brzękły cicho.
— Sąsiedzką zrobisz nam przysługę — rzekł trzeci pan, policjant chyba, skoro wspomniał o sąsiedztwie. I ciszej dodał: — Łatwiej nam będzie czuwać z bliska nad bezpieczeństwem przygotowań. Pan mnie rozumiesz?
— A więc!
Podniósł się kapeć przed moim nosem.
— E, panowie...
— Więc jak: zgoda?
— Chyba, myślę...
— Co tu myśleć?