Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

otwarte, co krzycząc, ciemnością się napełniały... To go prześladowało noc całą, to mu przerywało sen nie zaś upojenie radosne, ztamtąd przyniesione. Tę to twarz postarzałą, zwiędłą, widział, pomimo wszelkich usiłowań, aby pomiędzy nią a nim, stanęła twarzyczka o czystych rysach, pełna jak gwoździk świeżo rozkwitły, którą wyznanie miłości aż po oczy zabarwia płomykami różowemi.
List ten napisany był przed ośmiu dniami, od ośmiu dni czeka biedna, słówka, odwiedzin, zachęty do poddania się, o którą prosiła. Ale co to znaczy, że nie pisze więcej? Może chora? Dawne niepokoje dręczyły go znowu: przyszło mu jednak na myśl, że od Hettémy powziąść może wiadomości. Licząc na jego regularny tryb życia, poszedł czekać przed zarządem artyleryi.
Dziesiąta godzina biła na zegarze w Saint Thomas d’Aquin, kiedy grubas skręcił z rogu na placyk, z kołnierzem podniesionym, z fajką w zębach, którą trzymał obiema rękami, dla rozgrzania palców. Jan widział nadchodzącego zdaleka, bardzo wzruszony tem wszystkiem, co mu przypominał. Hettéma powitał go z nietajoną prawie niechęcią...