Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Cezarego w przekonaniu, że tym sposobem pewniej go dojdzie. Z początku opierał się pokusie otworzenia go, ale jej uległ potem, na widok pierwszych słów bardzo łagodnych, bardzo rozsądnych i zdradzających wzruszenie tylko drżeniem pióra i nierówno kreślonemi wierszami. Prosiła o jedną łaskę, o jedną tylko — żeby ją odwiedził. Nic mu nie powie, nic wyrzucać nie będzie — ani tego, że się żeni, ani rozstania, o którem wie, że jest stanowcze i nieodwołalne, byleby go zobaczyła!...
„Pomnij, że to dla mnie cios straszny i tak nieoczekiwany, tak nagły... Jest mi tak, jak po śmierci czyjej lub pożarze; niewiem do czego się wziąść. Płaczę, czekam, patrzę na miejsce, gdziem szczęśliwą była. Ty jeden zdołałbyś mię oswoić z nowem położeniem... Byłby to uczynek miłosierny, odwiedź mię, żebym się nie czuła tak samotną... lękam się samej siebie“.
Te skargi, te błagalne wołania powtarzały się w całym liście, powracając do słów: „Przybądź, przybądź...“ Mogło mu się zdawać, że jest na polance wśród lasów, z Fanny na klęczkach u nóg jego; że w fioletowo-popielatym zmierzchu widzi podniesioną ku niemu tę biedną twarz obrzękłą i zmiękłą od łez, te usta