Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Dwunasta, już po wszystkiem...
— Co to znaczy?
— Już po ślubie.
— Kto?
— Courbebaisse.
Paf!
— Ach, przyjacielu mój, cóż to był za policzek... w żadnej przygodzie romansowej nie dostałem takiego. Chciała natychmiast jechać... ale ani jeden pociąg nie odchodził przed czwartą. Przeniewierca pędził tymczasem, ku Włochom — z żoną. Opanowana wściekłością, znowu daje mi w twarz, bije, drapie... co za los! a ja ta, jak na złość, zamknąłem się z nią na klucz — wzięła się potem do naczyń a w końcu, dostała strasznych spazmów. O piątej, trzeba ją było położyć na łóżku i przytrzymywać, ja zaś podrapany, jak gdybym się wydobył z krzaka ciernistego, pobiegłem po doktora d’Orsay; w podobnych sprawach, jak przy pojedynku, zawsze trzebaby mieć z sobą lekarza... Czy wystawiasz mię sobie błąkającego się po drogach, na czczo i w słońcu!... Już noc była, kiedym go sprowadził... W tem, zbliżając się do oberży, spostrzegam zgiełk, tłum, zgromadzenie — pod oknami... Ach Boże, czy ona sobie nie odebra-