Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ła życia? Może kogo zabiła... to prawdopodobniejsze, na taką Mornas... Balkon przybrany w latarki weneckie a śpiewaczka stojąc, pocieszona i wspaniała, obwinięta w jedną z chorągwi, śpiewa „Marsyliankę“, w to święto cesarskie, po nad przyklaskującym jej tłumem.
— Oto tak, mój mały, skończył się stosunek Courbebaisse’a. Nie powiadam, że się wszystko urwało odrazu; po dziesięcioletnich kajdanach, trzeba zawsze zachować pewien pozór. Ale bądź co bądź, na mnie pierwszy gniew się skrupił i jeśli chcesz, gotów jestem od twojej to samo przyjąć.
— Ach mój stryju, to innego rodzaju kobieta.
— Daj że pokój — rzekł Cezary, odpieczętowując pudełko cygar, które przykładał do ucha, by się przekonać, czy suche — nie ty pierwszy ją porzucasz...
— Prawda i to...
I z radością chwytał się Jan tego frazesu, który przed kilku miesiącami byłby mu serce zranił. W gruncie, uspokoił go trochę stryj swą komiczną historyą, ale nacoby się nigdy nie zdobył, to na ową podwójną komedyę, odgry-