Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Jakiż nieznośny ten Courbebaisse, że dopiero jutro przyjedzie — rzekła Mornas przeciągając ręce i z okiem niezbyt trzeźwem po szampanie... — Miałabym ochotę pobawić się dziś wieczór.
— No, a ja?!
Przyszedł oprzeć się, obok niej, o poręcz balkonu, gorącą jeszcze od całodziennego słońca i ukradkiem, ostrożnie w pół ją objął: „Paolo... Paolo...“. Tym razem, zamiast się gniewać, śpiewaczka roześmiała się tak głośno, tak serdecznie, że i on w jej ślady poszedł. Takąż samą próbę, w tenże sam sposób, odparła wieczorem, po powrocie z zabawy, gdzie tańczyli i raczyli się makaronem. Ponieważ ich pokoje stykały się z sobą, śpiewała mu przez przepierzenie: „T’es trop p’tit, t’es trop p’tit... jesteś za mały... za mały... robiąc różne niepochlebne dlań porównania pomiędzy nim a Courbebaissem. Hamował się, żeby jej za to nienazwać wdową Mornas, bo jeszcze było zawcześnie. Dopiero nazajutrz, kiedy zasiedli do dobrego śniadania i Paola niecierpliwiła się a nawet i niepokoiła w końcu, że kochanek nie nadjeżdża, wyjąwszy z pewnem zadowoleniem zegarek, rzekł uroczyście: