Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się tancerki nań nie krzywiły. Widząc ją bardzo wesołą i bardzo dobrą, czynił sobie wymówki, że ją okłamuje, i chętnieby zasiadł obok niej przy kominku, gdyby nie nalegała nań a nawet wypchnęła go tkliwie na drogę, pogrążoną w ciemnościach, mówiąc: „ja tak chcę... powinieneś tam być“.
Późno było, gdy powrócił; Fanny spała i lampa oświetlająca sen tej zwiędłej kobiety, przypomniała mu podobny powrót, przed trzema już laty przeszło, gdy się dowiedział o tych ohydnych rzeczach. Jakże on się tchórzliwie znalazł wtedy! Przez jakiż obłęd, właśnie to, co powinno było zerwać jego łańcuch, wzmocniło jeszcze ogniwa? Uczuł mdłości z niesmaku. Pokój, łóżko, kobieta — jednaki wstręt w nim wzbudziły. Wziąwszy światło, po cichu, Wyniósł je do przyległego pokoju. Tak pragnął być samotnym, żeby dumać o tem, co mu się przytrafiło... O! nic, prawie nic...
Kochał.
W pewnych wyrazach, których używamy pospolicie, znajduje się sprężyna ukryta, co je nam otwiera nagle, pozwala zbadać aż do dna, Poczem wyraz ten zwija się, przyjmuje znów swą postać banalną i toczy się niewybitny, star-