Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pociąg gwizdnął przeciągle... dojeżdżano. Ukłonił się i stracił ich z oczu; ale wychodząc z dworca, znowu się spotkali i Bouchereau, wśród tłoczącej się ciżby, zawiadomił go, że począwszy od następnego czwartku, będzie przyjmował gości w swem mieszkaniu na placu Vendôme, więc może przyjdzie kiedy na filiżankę herbaty... Panienka szła pod rękę ze stryjem i zdawało się Janowi, że to ona go zaprasza, nic nie mówiąc.
Po kilkakrotnej decyzyi, że pójdzie do Bouchereau, potem znów, że nie pójdzie — bo na co sobie ma stwarzać niepotrzebne żale? — uprzedził kochankę, iż wkrótce nastąpi wielki wieczór w ministeryum, na którym wypadnie mu się znajdować. Fanny obejrzała frak, kazała odprasować krawaty białe, tymczasem w wieczór czwartkowy nie miał najmniejszej ochoty wydalić się z domu. Ale ona przekonywała go, że musi koniecznie spełnić tę pańszczyznę, wyrzucając sobie, że go zanadto pochłania, że samolubnie zachowuje go dla siebie tylko i namawiała go, wykończała strój z czułemi figielkami; poprawiała węzeł u krawata, gładziła włosy, śmiała się, że palce czuć mu papierosem, który co chwila odbierając, kładła na kominku, żeby