Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Dama zamknęła księgę, gotując się do odejścia.
— Nieźle, jak na pierwszy miesiąc... tylko czuwaj nad świecami.
Objęła okiem właścicielki salonik, utrzymany w należytym porządku, w którym były meble z ponsowego, wytłaczanego aksamitu; zdmuchnęła odrobinę kurzu z yukki, rośliny peruwiańskiej, stojącej na stoliczku, obejrzała dziurkę w gipiurowej firance u okna, poczem rzekła do zakochanej pary, ze znaczącem spojrzeniem: „Tylko, moje dzieci, proszę bez głupstw... to jest bardzo przyzwoity dom...“ i wsiadłszy do powozu oczekującego przed domem, pojechała do lasku.
— Co za męczarnie! — zawołała Fanny — Dwa razy na tydzień mam na karku ją, albo matkę... Tamta jeszcze straszniejsza i dokuczliwsza... Muszę cię kochać, kiedy ztąd nie uciekam... Przynajmniej powróciłeś, mam cię jeszcze! Tak się lękałam... I stojący, ściskała go, tuląc się długo do ust a drgający całus upewniał ją, że Jan cały jeszcze do niej należy. Ale korytarz ten był przechodni, trzeba się było mieć na ostrożności. Gdy podano lampę, usiadła na zwy-