Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dzących na chwiejnym kamieniu a każdych drzwi, wykoszlawionych, jak drzewo na chylu, przez reumatyzm, z rękami obwiniętemi kawałkiem pończochy i kobiecin z bukszpanowowo-żółtym podbródkiem, w gładkim czepku i z błyszczącemi, latającemi oczkami, jak u jaszczurek, co się pojawiają w szczelinach starych murów.
Prześladowały go ciągle te same ubolewania, że winnice poschły, marzanna więdnie a morwy chorują; że nastały czasy siedmiu plag egipskich, co piękną Prowancyę niweczą. Niekiedy, by się zabezpieczyć od natrętów, wracał stromemi ścieżkami wzdłuż murów, opasających Château des Papes. Puste, zarosłe prawie krzakami i bujnem zielem św. Rocha, leczącem od liszajów, były one bardzo właściwe w tym średniowiecznym zakątku, w cieniu tych olbrzymich zwalisk, co zębate, sterczały wysoko, ponad drogą.
Wtenczas spotykał proboszcza Mallassague, który odprawiwszy mszę świętą, żwawym krokiem schodził na dół, w rabacie na bakier, podginając obiema rękami sutannę, z powodu cierni i ostów. Ksiądz zatrzymywał się, piorunował przeciw bezbożności chłopów i niecnym po-