Przejdź do zawartości

Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

podczas kiedy w la Nerte, l’Ermitage i inne znaczniejsze nad Rodanem zniszczały!
 Naraz, ukazał się przed nim biały czepeczek; była to Diwonna, pierwsza na nogach w całym domu. Miała nożyk ogrodniczy w ręku, oraz inny jakiś przedmiot, który śpiesznie rzuciła i lica jej tak blade zazwyczaj, pokryły się żywym rumieńcem.
 — To ty, Janie? Przestraszyłeś mię. Myślałam, że ojciec... — Ochłonąwszy, pocałowała go — Dobrze spałeś?
 — Bardzo dobrze, ale dlaczego lękałaś się, żeby ojciec nie nadszedł?
 — Dla czego...
 Podniosła gałąź, obciętą przed chwilą.
 — Konsul pewnie ci powiedział, że tym razem pewien jest powodzenia... Patrzże, oto jest filoksera...
 Jan przyglądał się ździebełku mchu żółtego, które przyrosło do pnia; ta niedostrzegalna pleśń, zniweczyła zwolna całe prowincye: w ten poranek wspaniały, wobec tego słońca ożywczego, ta istota maleńka, tępiąca a niedająca się wytępić, wyglądała jak ironia przyrody.

 — To początek... Za trzy miesiące cała winnica będzie pożarta a ojciec nanowo sa-