Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Przebywszy taraz, udał się do parku, tak bowiem nazywano las z sosen i mirtów, gdzieniegdzie rosnących na stromej pochyłości Castelet, który przerzynały nierówne ścieżki ślizkie, od suchych szpilek sosnowych. Pies jego, Miracle, bardzo stary i kulawy, wyszedł z budy i w milczeniu szedł za nim, krok w krok. Tak często dawniej odbywali z sobą tę przechadzkę poranną...
U wejścia do winnic, ogrodzonych dużemi cyprysami, które pochylały śpiczaste wierzchołki, pies zawahał się; wiedział on, że po grubym pokładzie piasku, nowem lekarstwie przeciw filokserze, probowanem przez konsula, byłoby trudno chodzić jego starym nogom, równie jak i po ślizkich stopniach tarasu. Skusiła go wprawdzie chęć towarzyszenia mu, ale za każdą zawadą, wydawał lękliwe krótkie krzyki, zatrzymywał się i pełzał, jakby krab po skale. Jan nie patrzył nań, cały zajęty szczepami wina hiszpańskiego „alicante“, o którem ojciec mówił mu już dużo w wilię dnia tego. Zdawały się pięknie rosnąć na piasku gładkim i błyszczącym; znajdzie więc nakoniec nagrodę za wytrwałe trudy; winnice w Castelet mogą odżyć