Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

nem jeszcze uściskami rodziny i błogiem uniesieniem powitania. Jakże mu było przyjemnie zastać na tem samem miejscu, pod pawilonem wązkiego łóżeczka, drąg świecący, którego szukał dawniej, budząc się ze snu, słyszeć krzyki pawi na grzędach, skrzypienie bloku od studni, dreptanie trzody i — gdy otworzył okienice, trzasnąwszy niemi o ścianę, ujrzał to piękne, ciepłe światło, co wpadało jak kaskada, ten cudny krajobraz, piętrzące się winnice, cyprysy, oliwki i lasy sosnowe, pnące się aż nad Rodanem, pod niebem glębokiem, wolnem od mgły, pomimo wczesnego ranka, pod niebem zielonem, po którem wiatr północno-zachodni miotał się noc całą, zapełniając jeszcze teraz ogromną dolinę tchnieniem orzeźwiającem i silnem.
Jan porównywał to przebudzenie z tamtemi pod niebem tak błotnistem, jak miłość jego i czuł się szczęśliwy i wolny. Zeszedł na dół. Dom oblany słońcem, pogrążony był jeszcze we śnie; wszystkie okiennice były zamknięte, jakby oczy. Rad był z chwili samotności, aby odzywać siły, w tej rekonwalescencyi moralnej, której początek czuł w sobie.