Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dzić zacznie, bo w tem ambicyę pokłada. Bę dą nowe szczepy i nowe lekarstwa, aż do dnia, kiedy,..
Rozpaczliwym ruchem zakończyła, podkreślając nim swój frazes.
— Doprawdy, czyśmy tak daleko zaszli?
— O, znasz konsula... on nigdy nic nie mówi, daje mi co miesiące pieniądze, jak zwykle; widzę jednak że jest zafrasowany. Jeździ do Avignonu, do Arange... pieniędzy szuka...
A Cezary? jego nawodnianie? — zapytał przerażony młodzieniec.
— Dzięki Bogu, z tej strony wszystko idzie dobrze. Mieliśmy piędziesiąt beczek pośledniejszego wina z ostatniego zbioru a bieżący rok przyniesie drugie tyle. Widząc to powodzenie, konsul ustąpił bratu wszystkich winnic z równiny, które dotąd leżały odłogiem, wyciągnięte pod linią prostą, martwe jakby cmentarz wiejski. Teraz zalane są wodą na trzy miesiące...
I dumna z dzieła swego męża, „próżniaka“, prowensalka pokazywała Janowi ze wzgórza, na jakiem się znajdowali, duże stawy, nazywane tam „clairs“, otaczane nasypami z wapna, jak to bywa w salinach.