Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nąc na poduszce w falach czarnych włosów, czytała skręcając papier; ale koniec listu przywiódł ją do wściekłości, zgniótłszy go, rzuciła na podłogę. „Dam ja ci, święte niewiasty. Wszystko to kłamstwa, żeby cię tam zwabić... Tęskni do pięknego siostrzeńca ta...
Chciał ją powstrzymać, niedopuścić, żeby wymówiła plugawe słowo, które wyrzuciła jednak z siebie i wiele innych jeszcze. Pierwszy to raz uniosła się w tak gniewny sposób wobec niego; nigdy przedtem nie wybuchła gniewem tak brudnym, że przypominał rynsztok, wydzielający męty i woń. Od słownika, jaki jej pozostał z przeszłości jako kokotki i aresztantki, wydęła jej się szyja i obwisła warga.
— Niewielka sztuka odgadnąć, o co im chodzi... Cezary się wygadał, więc ułożyli sobie zerwać nasz stosunek i przynęcić cię do domu pięknie zbudowaną Diwonną.
— Najpierw, trzeba ci wiedzieć, że jeśli pojedziesz, to napiszę do twego rogacza... uprzedzam cię... — Mówiąc to, podnosiła się na łóżka z wyrazem nienawiści na bladej i zapadniętej, o zgrubiałych rysach twarzy jak