Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

przez Castelet i ona, tak spokojna i tak wesoła zazwyczaj, wpadła w nieuleczalny smutek, chociał ojciec, ja, wszyscy otaczamy ją tkliwą opieką... Czy wiesz, mój Janie, żeś to ty głównym powodem jej tęsknoty i niepokoju. Nie śmie tego wyznać przed ojcem, który nie pozwala oderwać cię od pracy, aleś nie przyjechał po egzaminie, mimo obietnicy! Zrób nam tę niespodziankę na święta Bożego Narodzenia, przywróć błogi uśmiech naszej chorej. Gdybyś wiedział, jak się żałuje po utracie rodziców, że się im nie poświęcało więcej czasu...“
Stojąc przy oknie, gdzie przedzierało się blade zimowe światło, Jan czytał ten list, napawając się dziką wonią jego i drogich sercu wspomnień — pieszczot tkliwych i słońca.
— Co to?... pokaż...
Uchylona firanka wpuściła do pokoju żółta światło, które rozbudziło Fauny: obrzmiała od snu, machinalnie wyciągnęła ona rękę po list. Jan zawahał się, wiedząc, jaką zazdrość w niej budzi samo imię Diwonny, ale jakże miał ukryć, kiedy go poznała z formatu.
Ładnie jej było, gdy wzruszona wyprawą dziewczątek, z szyją i rękoma obnażonemi, gi-