Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

kiemu, byleby jej nie stracił, Boże mój! byleby nie utracił!
— Widzisz — rzekła ze złośliwym śmiechem, a śmiech ten do reszty zamknął dla niej serce, które chciała zdobyć. Wydała się okrutną Janowi. Nie wiedział on jeszcze, że kobieta kochająca ma czucie tylko dla przedmiotu swej miłości; że wszystkie jej żywe siły miłosierdzia, dobroci, litości, poświęcenia, pochłania jedna, jedyna tylko istota.
— Źle, że sobie żartujesz... Ten list jest przerażająco piękny i rozdzierający. — I po cichu, głosem poważnym, trzymając ją za ręce, rzekł: „Powiedz mi, czemu go wypędzasz“?
— Już go nie chcę... nie kocham go.
— Jednakże był twoim kochankiem. Stworzył ci ten zbytek, w którym żyjesz i zawsze żyłaś, który ci jest potrzebny...
— Drogi mój — odparła ze swym akcentem prawdziwości — pókim cię nie znała, wszystko to mi się podobało... ale teraz wydaje mi się męką, wstydem... czemś wstrętnem... O, ja wiem, powiesz mi, że co do ciebie, to nie bierzesz tego na seryo, że mię nie kochasz... Ale... to już moja rzecz... Chcesz, czy nie chcesz, zmuszę cię, byś mię kochał.