Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

pieżna, nie rozszalała; owszem bardzo pokorna i pragnąca przebaczenia.
Długa i głęboka pieszczota pożegnalna zatrzymała ich w przedpokoju.
— A więc... kiedy?... — zapytała, przeszywając go wzrokiem. Już miał odpowiedzieć, pewnie kłamliwie, bo mu było pilno wydostać się ztamtąd, kiedy go powstrzymał odgłos dzwonka; Machaume wyszła z kuchni, ale Fanny skinęła na nią, mówiąc: „Nie... nie otwieraj...“ — I stali tam, wszyscy troje, nieruchomo, w milczeniu.
Dał się słyszeć jęk przytłumiony, potem szelest listu wsuwanego podedrzwi, nareszcie powoli oddalające się kroki.
— Mówiłam ci, żem wolna... patrz!
Podała kochankowi list, otworzony przed chwilą, list miłosny, bardzo podły, bardzo nikczemny, śpiesznie nakreślony ołówkiem w kawiarni, w którym ów biedak błagał o przebaczenie za swój wybryk ranny, w którym przyznawał, że tyle tylko ma praw do niej, ile mu zechce sama pozostawić; z rękami złożonemi zaklinał, żeby go nie wypędzała bezpowrotnie; obiecywał przyjąć wszystko, poddać się wszyst-