Przejdź do zawartości

Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

jącym niecne wyrazy dziewcząt z bawaryi, kłócących się pomiędzy sobą.
 Cały ten przepych rozkoszny został tem skalany, zeszpecony, jakby materya jedwabna, obryzgana błotem. Kobieta także była splamioną. narówni z temi, dla których miał dawniej wzgardę.
 Wróciła zdyszana, powabnym ruchem ręki, skręcając rozwiane włosy. „Ach, jakże głupio wygląda mężczyzna, gdy płacze!...“ Spostrzegłszy naraz, że on stoi, ubrany, wykrzyknęła z wściekłością: „Wstałeś!... połóż się napowrót... natychmiast... ja tak chcę...“
 Nagle, łagodniejąc, wiążąc go ruchem i głosem, dodała. „Nie... nie... nie odchodź... nie możesz tak odejść... Przedewszystkiem, pewna jestem, że jużbyś nie wrócił“.
 — Ale owszem... dla czegóż?...
 — Przysięgnij mi, że się nie gniewasz, ie przyjdziesz jeszcze... O! bo ja cię znam!...

 Przysiągł wszystko, co tylko chciała; ale się już nie położył, pomimo jej zaklęć i ponawianych zapewnień, że jest u siebie, że może rozporządzać swem życiem i postępkami. Nakoniec, zdawała się zrezygnowaną na jego odejście i odprowadziła go do drzwi, już nie dra-