Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

żeby cię inne nie miały... A ty, coś pomyślał, jakeś mię zobaczył?
— Z początku lękałem się ciebie, potem nabrałem zaufania i zupełnie odzyskałem swobodę. Ale, prawda — dodał — nigdym cię nie zapytał, o co się rozgniewałaś wtedy? O dwa wiersze La Gourneriego ?
Ściągnęła brew i poruszyła głową, tak samo jak na balu, mówiąc: „Głupstwa!... nie wspominajmy już o nich“
I objąwszy go rękami, dodała: „Ja takżebałam się trochę... probowałam uciec, otrząsnąć się... ale nie mogłam, nigdy nie będę mogła“.
— O nigdy...
— Zobaczysz!
Odpowiedział jej tylko sceptycznym uśmiechem, właściwym jego wiekowi, niezauważywszy z jak namiętnym, prawie groźnym akcentem, rzuciła mu to „zobaczysz“. Ten uścisk kobiecy był tak mięki, tak poddańczy, że głęboko był przekonany, iż się jednym ruchem z niego wyzwoli...
A nawet dla czogo miałby się wyzwolić?... Tak mu było dobrze w tym rozpieszczającym, rozkosznym pokoju, tak lubo odurzało go jej