Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

miłe tchnienie, spoczywające na jego ociężałych i sennych powiekach, przed któremi przesuwało się pełno obrazów; drzewa pokryte rdzą, łąki, sterty pod strumieniami deszczu, cały ten dzień, miłośnie na wsi spędzony.
Rano, rozbudził go nagle głos Machaume, wołającej przy łóżku, bez najmniejszej tajemniczości: „Przyszedł... Chce się z panią zobaczyć“.
— Jakto! chce?... Więc już nie jestem u siebie!... i ty pozwoliłaś mu wejść...
Jak szalona zerwała się i wybiegła z pokoju, nawpółnaga, w roztwartej koszuli batystowej: „Nie ruszaj się, mój drogi... Zaraz wrócę...“ Ale nie czekał na nią i póty się nie uspokoił, póki nie wstał także, nie ubrał się i nie poczuł, że już ma buty na nogach. Podczas, gdy zbierał części swego ubrania, w tym pokoju hermetycznie zamkniętym, gdzie lampka nocna oświetlała jeszcze nieład, świadczący o wczorajszej kolacyi, dochodził go straszny i krzykliwy spór, przytłumiony tapetami z saloniku. Głos męzki, z początku gniewny, potem błagalny, to wybuchał, to szlochał, to we łzach tonął, krzyżując się z drugim, (którego Gaussin nie poznał zrazu) ostrym, chropowym, nienawistnym, miota-