Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ko prawdziwy parafian, mógł rozsmakować się w tym komforcie chwilowym, to zły humor służącej, która rzucała nań spojrzenia tak podejrzliwe, że ją Fanny odprawiła, mówiąc: „Zostaw nas, Machaume... Sami usługiwać sobie będziemy“.
Gdy chłopka ta trzasnęła drzwiami, odchodząc, rzekła: „Nie uważaj... ona ma żal o to, że cię za bardzo kocham... Powiada, że marnuję życie... Ci ludzie ze wsi, tacy są drapieżni!... Gotowanie jej naprzykład, więcej warte od niej samej... skosztuj tego pasztetu z zająca“.
Krajała pasztet, otwierała butelki z szampanem, zapominała o swym talerzu, byleby się przyglądać, jak on je, za każdem poruszeniem odwijała aż po ramię, rękawy u gandury algierskiej, z wełny miękiej i białej, którą zawsze nosiła w domu.
Przypomniała mu w tej chwili, ich pierwsze spotkanie się u Dechelette’a; więc przytuleni do siebie na jednym fotelu, jedząc z jednego talerza, rozmawiali o tym wieczorze.
— O, co do mnie — mówiła — ujrzawszy cię wchodzącego, zaraz uczułam pociąg. Byłabym chciała porwać cię i wyprowadzić natychmiast,