Przejdź do zawartości

Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 — Wróciłam wcześniej, mówiła, rozbierając się, bo cioci zrobiło się znacznie lepiej. A cóż u was słychać?
 To mówiąc, rozglądała się radośnie po odnowionem mieszkaniu, kiedy jednak spojrzała na Anię, przelękła się bardzo i zawołała:
 — Co ci jest, dziecko?
 — Ach, mamo, stało się wielkie nieszczęście! Spójrz tylko na obraz tatusia!
 Pani Corradi spojrzała i zrozumiała wszystko. Serce ścisnęło jej się z bólu, lecz widząc nieszczęście córki, nic już nie chciała mówić, wzięła tylko zniszczony obraz w ręce i podeszła z nim do okna. Przyglądała mu się bacznie i zauważyła, że z pod zmytej farby wygląda dłoń, malowana olejno. Ponieważ zaś wiedziała, że mąż miał zwyczaj na dawnych swoich obrazach, do których nie przywiązywał większej wagi, malować nowe, wzięła więc zwilżoną gąbkę i zaczęła zmywać wodne farby.
 Po chwili odmyła już całą postać ludzką, a wkrótce olejny obraz ukazał się w całości.
 — Chodźcie dzieci, zawołała uradowana, widzicie, co tutaj jest?
 To mówiąc, pokazała im grupę, która przedstawiała jakąś rodzinę.
 — Ale w każdym razie to nie jest robota waszego ojca, mówiła, przyglądając się obrazowi baczniej. Jego bym odrazu poznała.

 — Zdaje mi się, mówiła znów, że to jest obraz jakiegoś dawnego włoskiego malarza. Trzeba będzie