Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy drugiego dnia nad wieczorem skończyły robotę, Marysia wzięła koszyczek do miasta i poszła na ulicę, aby zakupić trochę prowiantów. Kiedy wróciła, zastała Anię w płaczu i z załamanemi rękami.
— Co ci się stało? zawołała przerażona Marysia.
— Stało się wielkie nieszczęście! Spójrz tylko na obraz ojca.
Marysia rzuciła okiem i przerażeniu jakby skamieniała. Zrozumiała wszystko! To Ania, chcąc wszystko doprowadzić do porządku, postanowiła obmyć obraz ojca. Lecz obraz wykonany był wodnemi farbami, które zmyły się natychmiast. Z malowidła została wielobarwna plama.
— To prawdziwe nieszczęście! zawołała Marysia, lecz spojrzawszy znów na twarz Ani, zrozumiała, że musi siostrę pocieszyć.
— Chociaż wiesz, dodała, to napewno da się naprawić. Pamiętam doskonałe, jak do tatusia przynosili rozmaite obrazy do odświeżenia. Pójdę do którego z dawnych znajomych malarzy, opowiem mu całe nasze nieszczęście, a on napewno zlituje się nad nami i obraz poprawi. Mamy jeszcze dwa dni czasu do przyjazdu mamy, to wszystko na czas urządzimy.
Ania trochę się już uspokoiła i nawet zabrała się do przygotowywania kolacyi, gdy w tem otworzyły się drzwi i weszła niespodzianie do pokoju matka.