Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I z temi słowami wyjął z kieszeni gruby sznurek.
Chłopiec zbladł, zatrząsł się, jak w febrze i płacząc zaczął prosić:
— Przebaczenia, przebaczenia!...
— To pokaż natychmiast gniazdo!
Pastuszek złożył ręce, jak do modlitwy i błagalnym głosem zawodził:
— Tego w żaden sposób zrobić nie mogę! naprawdę nie mogę!
— No, dosyć! zawołał nauczyciel i rozkazał strzelcowi puścić chłopca.
— Słuchaj, chłopcze! postąpiłeś bardzo dobrze, żeś nie chciał złamać przyrzeczenia.
Teraz idź sobie do domu i zapytaj Antosia, czy pozwoli, abyś królewiczowi pokazał gniazdko. Jeżeli pozwoli, to monetą możecie się podzielić.
— Dobrze, bardzo dobrze! jeszcze dzisiaj wieczorem przyniosę panom odpowiedź!
Nauczyciel wraz z królewiczem poszli z powrotem do pałacu królewskiego, który znajdował się śród lasów.
Po drodze rozmawiali o Jasiu.
— Uczciwość tego chłopca rzeczywiście wzbudza we mnie podziw. Jest to niezwykle silny charakter. Mógłby z niego wyrosnąć wielki człowiek, gdyby tylko odpowiednio nim pokierować i dać mu wykształcenie. rzeba będzie zebrać o pastuszku bliższe wiadomości.