Strona:Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jący ogromną tęczą w słońcu. Rzeką płynęły bawoły, prąd porwał je ze sobą; dzikie kaczki płynęły także z wodą, lecz przed samym wodospadem wzniosły się w górę, a woda musiała w dół spadać. Było to bardzo zabawne i dlatego zadąłem z całych sił i naobalałem trochę odwiecznych drzew, wyrywając je z korzeniami z ziemi.
— A prócz tego niceś nie robił? — pytała matka.
— Owszem, pędziłem dzikie konie przez sawannę i strącałem orzechy kokosowe. I mam jeszcze wiele, wiele rzeczy do opowiedzenia, ale przecież nie można wszystkiego, co się wie, odrazu powtórzyć. Wszak ty to wiesz, droga matko — zakończył wiatr i tak gwałtownie uściskał matkę, jak to tylko nieokiełzany dzikus zrobić może.
Wkrótce przybył po nim wiatr południowy w zawoju na głowie i rozwianym arabskim burnusie.
— Ach, jakiż tu ziąb — zawołał i dorzucił drzewa do ogniska, — zaraz można poznać, że pierwszy zjawił się północny.
— Jest tu tak gorąco, że niedźwiedź polarny by się upiekł żywcem — zaprzeczył tamten.
— Sam jesteś niedźwiedziem polarnym! — wykrzyknął wicher południowy.
— Czy chcesz się dostać do worka? — zapytała go wtedy matka, aby przerwać spór. — Siadaj lepiej na kamieniu i opowiadaj, gdzieś przebywał.
— W Afryce, matko! Byłem z Hottentotami na lwich łowach w kraju Kaffrów. Jakaż tam rośnie wspaniała trawa! Pomykały w niej antylopy, a struś ścigał się ze mną, lecz okazałem się szybszy w biegu. Później poszedłem na żółtą, piaszczystą pu-