Strona:Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

i dymiąca krew zalała lód. A wtedy i ja przypomniałem sobie moje rozrywki i aby pokazać żeglarzom siłę podmuchu, napędziłem wielkie góry lodowe, które uwięziły ich statek. Jakże wtedy hałasowali oni i krzyczeli, ale ja dąłem głośniej. Aż wreszcie łowcy musieli statek opuścić. Wszystko: zabite zwierzęta, paki, beczki i liny, musiały być na lód wyładowane. Wtedy osypałem ich śniegiem, i całe obozowisko razem ze zdobyczą, popędziłem na oderwanej krze na południe. Skosztują tam napewno słonej wody i nie powrócą już nigdy na wyspy niedźwiedzie.
— Tak, aleś przecie w ten sposób źle czynił — rzekła mu matka.
— Wszystkie moje dobre uczynki niechaj ktoś inny opowie — dodał wiatr północny, — bo oto jest mój brat z zachodu, kocham go najbardziej, przypomina mi morze i przynosi miły chłód ze sobą.
— Czyż to jest właśnie maleńki zefir? — zapytał książę.
— Tak, to zefir, — odparła stara — tylko teraz urósł już znacznie. Za dawnych czasów był to piękny chłopczyna, lecz to już minęło.
Rzeczywiście wiatr zachodni wyglądał, jak dziki człowiek w swoim śpiczastym kapeluszu na głowie. W ręce dzierżył maczugę z mahoniu, gdyż innej podpory nie używał nigdy.
— Skąd przybywasz? — zapytała go matka.
— Z lasów dziewiczych — odpowiedział — gdzie liany łączą drzewa w nieprzebyte gęstwiny, gdzie wodne węże spoczywają w wilgotnych trawach, a ludzie wydają się niepotrzebni.
— Cóżeś tam porabiał?
— Patrzyłem na rzekę tam, gdzie, spadając ze stromych skał, zamienia się w pył wodny, płynący wolno w górę i gra-