Strona:Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    najmniej wie, że go posiadam, tylko ja nie byłem o tem uprzedzony!
    — Nic o nim dotychczas nie słyszałem — usprawiedliwiał się coraz ciszej mandaryn, który słynął jako znawca stosunków dworskich — będę go jednak sam szukał, a wtedy musi się znaleźć. — — — —
    Tylko jak zacząć takie szukanie? Mandaryn, natychmiast po posłuchaniu poszedł osobiście do wszystkich sal przez wszystkie korytarze i na wszystkie piętra zamku. Porcelanowe schody dźwięczały pod jego coraz bardziej niecierpliwemi stopami, ale o słowiku nic się nie dowiedział.
    Wtedy stanął znów przed cesarskiem obliczem i spróbował oznajmić, że wiadomość o słowiku musi być bajką, wymyśloną przez pisarzy:
    — Wasza cesarska mość — rzekł, pochylając nizko głowę — nie da wiary, do czego tacy ludzie są zdolni? Są to przeważnie wymysły, powstałe często pod wpływem czarnoksięskiej sztuki.
    — Lecz książkę, w której o tem czytałem, przysłał mi potężny i przyjacielski cesarz japoński, zatem nie może zawierać nieprawdy — powiedział na to coraz bardziej gniewny władca chiński. — Słowik musi się znaleźć, muszę go dziś jeszcze usłyszeć. Jeśli zaś nie potraficie spełnić mego rozkazu, zamiast wielkiego przyjęcia, każę wyliczyć całemu dworowi po porcyi bambusów w pięty, stosownie do rangi.
    — „Czing-pe!“ — wykrzyknął przerażony dworzanin i tym razem już pobiegł, zapominając o swej godności, pobiegł na wszystkie piętra, przez wszystkie sale i korytarze. Wypytywał przytem każdego spotkanego, nie bacząc już na swe stanowisko,