Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   4   —

Na skraju świerkowego lasu ukazał się młody człowiek i przyłożywszy dłoń do oczu., zaczął pilnie przyglądać się okolicy.
Ujrzawszy u stóp góry małą mieścinę, nad którą się wznosił duży zamek, zmarszczył brwi i rzekł:
— Nie omyliłem się. To Sarnen. A nad nim – siedziba tego okrutnika!
Wyciągnął z za pasa róg myśliwski i dwukrotnie w niego zadął. Na to hasło z głębiny lasu wybiegło kilku ludzi, uzbrojonych w łuki i topory.
Gdy się zbliżyli, młodzieniec wyciągnął rękę, w której trzymał oszczep, i wskazując Sarnen, zawołał:
— Cieszmy się, bracia! Po kilku dniach drogi, jesteśmy nareszcie u celu podróży. Ta mieścina – to Sarnen. Nad nią, na wzgórzu, w szarych murach zamczyska, kryje się nasz ciemięzca, dumny książę Herman Gessler, okrutny kat mego ojca! Za ten niecny czyn, i za inne okrucieństwa czeka go — śmierć.
— Rzekłeś! — zawołali towarzysze. — Związani świętą przysięgą uwolnimy Szwajcarję od okrutnych rządów tyrana.
— Niech żyje wolność! Prowadź nas, dzielny Arnoldzie z Melchtalu! Śmierć — lub zwycięstwo!
— Jestem pewny zwycięstwa! — odparł Arnold. — Jeśli padniemy, śmierć nasza będzie pomszczona przez innych Szwajcarów, którzy tylko czekają wezwania, aby powstać. Wolny nasz lud nie może znieść okrutnej przemocy! Do dzieła więc, w drogę!

∗                              ∗