Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Okrutny ciemięzca.

Świtało. Mroki nocy rzedły, bielały. Na tle jasnych fioletów nieba wyłoniły się ciemne z ary sy wzgórz i śnieżne szczyty piętrzących się tu i owdzie wysokich gór.
Jasność coraz bardziej potężniała; promienie wschodzącego słońca zaróżowiły Jungfrau, Szrekhorn i Mnicha[1].
Po chwili z poza dalekiego, sinego pasma gór wyłoniła się olbrzymia tarcza słońca i powlekła góry, lasy i doliny złocistą barwą.
Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gęste opary, zalegające doliny i parowy, zaczęły unosić się w górę: czepiały się gałęzi świerków, porastających zielone wzgórza, potym zboczy skał, wreszcie w postaci lotnych, śnieżnych obłoków, wzniosły się nad szczyty i zaczęły wolno płynąć po sinych roztoczach nieba.
Narodził się cudny, letni poranek.

∗                              ∗
  1. Szczyty alpejskie, na których leży wieczny śnieg.