Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niu wszystkich, że w pasztecie gorącym nie pieprz odgrywał główną rolę, lecz kolendra. Uczestnicy stołu przy obiedzie i herbacie już tylko o tem mówili. Wzruszano ramionami, oznaczano stanowisko kolendry w rzędzie przypraw kuchennych i takie zdanie dawało się słyszeć dosyć powszechnie:
— Rzecz niesłychana! Przecież kolendry używa się jedynie do marynowania szynek — i to nie można nią przesadzać. Do czego podobne, ażeby przyprawę tak nieprzyjemną co do zapachu i smaku wkładać w pasztet gorący?
Zwolennicy pasztetu gorącego posuwali swe niezadowolenie do oburzenia i stąd to powstało pytanie: „Kto jest głównym winowajcą?“
Teraz więc zabrano się gorliwie do wykrycia sprawcy karygodnego czynu.
Pan rządca wziął sprawę w ręcę, przesłuchał kolejno kuchcików, kucharza i pana Kacpra.
Właśnie wtedy pan Filip, podczas śledztwa dał folgę językowi, a gdy się uniósł zapałem mówcy, zeznał między innemi co następuje:
— Nikt tego nie wie i nie będzie wiedział, co bywało na pańskim stole z winy szafarza w majonezach, auszpikach, marynatach! Może liście jakiego senesu, albo jeszcze coś gorsze... Ale, Bogiem się świadczę, kucharskie słowo honoru daję, nie moja wina! Liść, panie rządco, jest do liścia podobny, a bobek —