Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ka muchę, zamiast rodzynka, a jednocześnie z ust jego wychodzą wielkie prawdy, jak na przykład: „Prawda zawsze na wierzch wyjść musi!“
Bywało i to przy stole, że wśród powszechnego zajęcia rozmową, jaki taki, z chłodniejszym temperamentem, w milczeniu kładł widelec, nie pozwalając sobie robić żadnych głośnych spostrzeżeń nad potrawą, która nagle zwróciła uwagę jego smaku.
Nie wypada czysto podmiotowych wrażeń mieszać ze sprawami pierwszorzędnego znaczenia.
Dopiero jednego dnia, kiedy się zjawił na stole pasztet gorący — potrawa, której główną zaletę stanowi pieprzność — ktoś z uczestników śniadania napomknął słówkiem o bardzo niezwykłym i zagadkowym smaku owego pasztetu.
Był to dzień wyjątkowy: telegramy „Kuryera“ nie dostarczyły wątku do rozpraw, w Europie panował status quo, przeto z konieczności musiano się zająć pasztetem. Wszyscy teraz smakowali, miarkowali, mówiąc:
— Istotnie, jest coś takiego! Trzeba to zbadać!
Otóż, po bliższem zbadaniu sprawy w czasie właściwym i przez osoby mające pełne prawo przyprzeć do muru, zarówno kucharza, jak szafarza, okazało się ku zdziwieniu i zgorsze-