Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dek rzeczy. Icie kupił skórkę jego, wrony i sroki pożarły ciało.
Jednocześnie na dworze morzelańskim wrzała nieustannie walka między szafarzem i kucharzem.
Co prawda, pan Kacper nadzwyczajnie już zabrnął w nałóg zażywania walerjany i niejednokrotnie w stanie odurzenia wydawał teraz z szafarni zapasy na kuchnię. Dzięki jednak postawie swojej sztywnej, pełnej godności, tajemnica jego życia pozostawała jakoś w cieniu. Jeżeli go nawet znajdowano w stanie nieprzytomności, tłómaczono to dolegliwościami wieku podeszłego i dwunastoletnim pobytem człowieka w klimacie północnym.
„Biedaczysko, cierpienie pozbawia go przytomności umysłu!“
W tem zaczęły się zdarzać pomyłki w wydawaniu z szafarni, gdyż chwiejną ręką pana Kacpra nie kierowała świadomość: bywało, sięgnął niekiedy do szuflady lub półki niewłaściwej i wydawał, co cię zdarzyło. Pomyłki tego rodzaju uchodziły płazem o tyle, o ile uczestnicy stołu pańskiego spożywali z roztargnieniem śniadania czy obiadu, co bywało naprzykład podczas ożywionej rozmowy o wypadkach bieżących z zakresu polityki europejskiej. Któżby bowiem z poważniej myślących zważał na smak jakiegoś tam pasztetu, gdy we Francyi powstaje ruch antysemicki, życie lorda Glad-