Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pies wściekły w samej rzeczy popędził do Morzelan. Widać go było z daleka, jak sunął drożyną, a biała sierść jego migała, odbijając od łąk zieleni. Czasami wyskoczył w górę, jak gdyby chciał w zęby pochwycić jakąś powietrzną marę, to znowu obracał się w kółko, wyszczerzał zęby i łapczywie gryzł nimi trawę. Niektórzy Malwiczanie śledzili go okiem jeszcze, włażąc na strzechy, ploty, drzewa: „Już on nam teraz nic złego nie zrobi, poszedł sobie do Morzelan.“ Tak mówili, kiedy pies przepłynął strumień wbrew powszechnemu przekonaniu, jakoby pies wściekły obawiał się wody. Ha bo też takie i są po największej części przekonania powszechne, a przecież się je uznaje! Mamy go w Morzelanach, gotowego kąsać wszystko, co napada. Oślica, szukająca schronienia przed muchami w cieniu stodół, wpadła mu najprzód pod zęby i ugryzł ją parę razy. Ciekawa rzecz, co będzie, gdy się osieł wścieknie. Biegnąc około dworu, uciął w nos Boba, psa podwórzowego, a pozwolił się Joasi odpędzić miotłą z okolic tak zwanej garderoby: tu na bieliznie nie pozostawił krwawego znamienia. Pod kuchnią stoczył straszliwą bitwę z Bekasem i wtedy się przekonano, że ów pies wściekły jest to Nero, wyżeł zaniedbany przez kucharza, a następnie kłusownik zawzięty. Z pod kuchni pobiegł kędyś w ogród, gdzie zniknął.