Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ciężka plaga gospodarstw, na innem podwórku rozpłoszył kury, które, rozgłośnie kokowiakując, wzlatywały na strzechy, płoty i drzewa. W śmietniku ryło prosię rozcmochtane, dopadł je, poczochrał, także mu znamię krwawe wyrył zębem na bieliźnie. O płot się potrącił i ze złością zatopił zębce w płocie. Wypadł, zataczał się jak pijany, a w tem dwa kundle zabiegają mu drogę, czujne i bitne strażniki swego podwórka.
Niedługo trwała walka zacięta: trzy psy, zbite w jeden ruchliwy kłębek, otoczone obłokiem kurzawy, warcząc i mrucząc zajadle, przez chwilkę tylko tarzały się, szarpały i wściekły pognał dalej. Po drodze oberwał połę kapoty jakiemuś szlachcicowi, który wyrwał kół z plota, wrzasnął na całe gardło „pies wściekły“ i rzucił się za nim w pogoń.
Teraz dopiero z chat wybiegały kobiety, porywały małe dzieci, bawiące się przed domami, i z pośpiechem do izb unosiły. Swoją drogą mężczyzni chwytali drągi, żerdzie, widły i z wielkim krzykiem gromadnie pędzili za wściekłym.
Najwścieklejszy nawet zmyka, gdy mu grozi niebezpieczeństwo.
Pies cwałem przebiegł około domu Tetery, nie zajrzał tu już na podwórko, tylko wpadł w opłotki, a za nim pogoń sadziła.