Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w kieszeń schował niejedną obrazę wyłącznie mając na oku cel główny. Skoro teraz zwycięzca z niejaką dumą zbliżał się do niej, jakby po odebranie zasłużonej nagrody, gracz mu zagrodził przystęp, kładąc się na drodze do jej tylnych skoków. Osłabiony dopiero co stoczonym bojem nie okazywał pochopności do walki i począł, chromając, oględnie zachodzić od głowy płci żeńskiej. Trzeci gach widocznie na to tylko czekał, gdyż z furyą poskoczył i na tylnych łapach stanął groźnie naprost przeciwnika, broniąc mu i z tej strony zbliżenia. Niedawny zwycięzca spostrzegł w tej chwili, że stojący naprzeciw niego zając nieopatrznie odsłonił swoje słabizny, że przeto nastręcza się dobra sposobność ugodzenia go łbem w serce, brzuch, albo jeszcze poniżej. Raźno więc poskoczył, pochylił głowę jak baran, kiedy zamierza bodnąć i potężnem uderzeniem przewalił na wznak gacha, w którym patrochy aż zapiszczały od ciosu gwałtownego. Atoli powalony zdobył się na energię i tak silnie wierzgnął tylnymi skokami, że odrzucił przeciwnika poza granitowy kamień; ale kiedy się zerwał i ogromnie zaperzony pędził, aby wroga do reszty zgnębić, uderzył łbem o ów kamień i — jak mówią — zobaczył wszystkie gwiazdy na niebie. Odurzyło go, zamroczyło to uderzenie, zatoczył się i z brzegu spadł w strumień, na którym kra płynęła. Taka zimna kąpiel może