Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jednego, to się musi zgodzić. Rzecz prosta, walka musi rozstrzygnąć. Kiedy chodzi o wypowiedzenie wojny, najmniejszy powód wystarcza. Jeden z gachów zatoczył się przez nieuwagę i potrącił drugiego — jak to mówią — nastąpił mu na nagniotek. Obraźliwość w takich razach nie ma granic i dwa szaraki niebawem wzięły się za czuby, zaczęły walczyć zębami, skokami. Ona przysiadła, miała zajmujące widowisko, a po jej bokach dwaj pozostali stanęli na czatach, strzegąc, aby jeden przed drugim nie skradł jej przypadkiem całusa. W zaciętym pojedynku już ten, już tamten brał górę i krew zajęcza obficie popłynęła. Mocniejszy — ma się rozumieć — musi zwyciężyć. Chodziło właśnie o zadanie stanowczego ciosu, a szarak nie zdoła tego dokonać ani strugami ani skokami. Słabszy, dobrze już podskubany, naznaczony krwawo na wardze i z srodze podbitym ślepiem, niespodziewanie otrzymał od przeciwnika takie uderzenie łbem o łeb, że mu się w jednej chwili odechciało miłości, i smutny inwalida powolnym krokiem opuścił plac boju i miłości. No, ale też i zwycięzca mógł sobie teraz powiedzieć: „Jeszcze jedna taka wygrana, a już po mnie będzie!“ Co się tyczy naszego gracza, ten jakoś nie miał chęci do walki: dotąd czuł jeszcze ból w naderwanym kosmyku. Różne zaczepki przeciwników ladajako zbywał, a po części nawet