Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ukradkiem zerkając ku płci pięknej, a otoczyli ją ławą od czterech stron świata i tak tu przywarowali. Przechodził tędy Malwa do lasu i z początku myślał, że to kamienie nie zające. Ale znał dobrze pole i mówi sobie: „Skądże się tu znowu kamienie wzięły w tem miejscu?“... W tem ona — kic, kic i kamienie za nią ruszyły. Kiedy zima lekka, nie strzela się do zajęcy pod koniec lutego — grzech; przeto Malwa popatrzył tylko, a głównie ten bezuchy go zajmował. „Ciekawa rzecz, czy się dzieci wdadzą w niego?... Nie wiadomo, jak Bóg zrządzi“. Obecność człowieka zaniepokoiła ją głównie i poskoczyła w kierunku gaiku olszynowego, a za nią gnał orszak gachów. Ukazywała im w biegu swoje wdzięki, podrzucając tylnymi skokami, to też ci niewolnicy kwapili się namiętnie za nią z łbami naprzód wyciągniętymi. W olszynkach już pierwsze kosy z wierzchołków drzew, jakby pod nosem, przebąkiwały o miłości, a wrony na dobre rozpoczęły krzykliwe umizgi. Przysiadła tutaj nad strumieniem w pobliżu wielkiego kamienia granitowego, a gachowie znowu ją otoczyli. Teraz już uczucie miłości wezbrało nadzwyczajnie w sercach zajęczych, a także — zazdrość i nienawiść względem współzawodników. Każdy gach postanowił sobie, że tym zalotom trzeba koniec położyć. Należało postawić ją w takiem położeniu, ażeby nie miała tylu do wyboru, tylko —