Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakże się zdziwiono raz w Morzelanach, kiedy pod koniec lutego w biały dzień, środkiem drogi, przez całą wieś pędził bezuchy szarak. Ponieważ zuchwalstwa takiego nikt nie przypuszcza u zwierzęcia, które się nieustannie kryje, ucieka, przeto widok zająca w miejscu zaludnionem i zapsionem wprawił w zdumienie zarówno psy jak ludzi. Co to miłość może!... Zanim sobie zdano sprawę ze zjawiska nadzwyczajnego, zając już pognał dalej, zostawiając po sobie wrażenie ogromnej śmiałości i braku słuchów. Każdy się teraz stuknął w czoło, szukał związku przyczynowego między brakiem uszu i niezwykłą śmiałością. A to był obłęd miłosny, któremu, jak wiadomo, podległ był nawet Arystoteles. Można było widzieć tegoż szaraka, jak przebiegał wpoprzek drogę ludziom, spieszącym na jarmark, i w ogóle robił bardzo troskliwe zwiady po całej okolicy. Trzy dni trwały takie szaleństwa, dające się objaśnić tylko przez miłość. Nareszcie trzeciego dnia, wieczorem, kiedy o wschodzie księżyca stał na wzgórku z owem nieugaszonem pragnieniem w sercu — gdyż i zające mają serce — posłyszał odgłos, który w języku ludzkim możnaby nazwać klaśnięciem w dłonie. Z wielkim zapałem poskoczył w kierunku klaskania i spotkał zająca płci żeńskiej, który w najprzyjemniejszej, jaką sobie tylko można wyobrazić, postawie, kicał po