Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ci się, Panie święty, zajączek na Morzelanach uchował, na gracza wyszedł! Co go gdzie spotkam, zawsze zmyka i cało... No, no!
Zapytują strzelca, skąd się tu wziął ten odyniec. „Ha, łazęga taki, uprzykrzyło mu się życie w wielkiej puszczy i idzie sobie od boru do boru, śmierci szuka.“
Dzik przybył do Morzelan, okopał się pod kupą suszu, a kiedy pierwsze strzały huknęły, powstał i bezuchego szaraka z kotła wybawił. „Pan Jezus opiekuje się najmniejszem robaczkiem, mógł sobie tego zajączka upodobać i dziś tak akurat zrządził:“ myślał w duszy Malwa.
Ileż przeróżnych a osobliwych zdarzeń potrzeba, ażeby zając wyszedł na gracza! Przechodził twardą szkołę strasznego roku i — rzecz dziwna — zachował jeszcze tyle sił w sobie, że składał dowody, co gracz-zając umie. Ale takiemu, który się już dobił sławy, wcale nie zaszkodzi, jeśli oberwiemy nieco listków z jego wawrzynowego wieńca. Nazwa „gracz“ oznacza jednostkę, która dzięki zaletom osobistym przyozdobiła swe życie pewną znaczną ilością czynów dzielnych, budzących podziw, za co pozyskała na świecie należne uznanie, sławę rozgłośną. O vanitas vanitatum! Przecież te wszystkie znakomite czyny są tylko dziełem zbiegów okoliczności, przypadków. Każdy najpospolitszy zając niezawodnie ucieknie, jeżeli mu się uda, jeżeli ma szczęście, jeżeli go nie za-